[Jak oni mówią?] Kacper Płażyński

Podczas owacji, którą publiczność wita na początku prezydenta Lecha Wałęsę, Kacper Płażyński jako jedyny nie klaszcze. Zamiast angażować się w ogólny aplauz, robi coś przedziwnego – obraca językiem, wypychając nim policzek tak, jakby żuł gumę. Podobnie zachowuje się później.

Początek odpowiedzi na pytanie o meliorację organizuje z wykorzystaniem leksykonu negatywnego („samowola”, „lobby deweloperskie”, „zbyt wysoka”, „za mało”, „brak”, „niebezpieczna zabawa”, „bierność obecnej władzy”). Komentarz trwa długo i nie jest urozmaicony pod względem struktury. Trudno rozpoznać granice między wprowadzeniem a rozwinięciem. Brakuje podsumowania. Prowadząca reaguje bardzo szybko, dopytując o konkrety. Sytuacja powtarza się później kilkukrotnie, a kandydat chętnie wprowadza rozległe dopowiedzenia o nikłej wartości merytorycznej.

 

Małgorzata Waszkiewicz: „Wytłumaczmy, czym jest dom sąsiedzki”

Płażyński: „Znaczy ja mam wytłumaczyć, czy pani redaktor wytłumaczy? Dom sąsiedzki to takie miejsce w dzielnicy, które może być prowadzone zarówno przez instytucje miejskie, jak i przez instytucje, yyy, instytucje pozarządowe, w którym odbywają się różnego rodzaju zarówno integracyjne, jak i edukacyjne, różnego rodzaju programy, które są, mogą być finansowane z budżetu miasta, z budżetu innych organizacji pozarządowych, z budżetu również państwa polskiego, tych środków mogą być może być środki wykorzystywane do bardzo różnych celów, również unijnych. Służą bardzo różnym osobom, zarówno maluchom mogą służyć, jak i starszym, ważne, żeby te domy i taka jest ich funkcja, one mają być otwarte dla wszystkich i każdy ma się tam czuć jak w domu, więc jeżeli nasz syn ma kłopot z tym, gdzie spędzić, yyy, wolny czas na przykład w weekend to żeby miał możliwość pójścia do takiego domu sąsiedzkiego i żeby oferta edukacyjna czy oferta, yyy, taka rekreacyjna dla tego dziecka była tam zagwarantowana odpowiednia, żeby mógł tam spędzać swój wolny, wolny również czas, on czy seniorzy.

Do słownikowej zwięzłości (i poprawności – patrz błędna odmiana: „tą” zamiast „tę”) brakuje mu bardzo wiele, a przecież definiowany tu dom sąsiedzki to ani zjawisko szczególnie złożone, ani innowacyjne. Z bardziej skomplikowanym tematem manifestacji (w tym propozycji zorganizowania parady równości pod jego przyszłym patronatem) radzi sobie jeszcze gorzej: próbując dokonać racjonalnego omówienia, przesadnie rozciąga zdania złożone i gubi się kilkukrotnie. Reakcje widowni z pewnością nie ułatwiają mu zadania.

„[…] Uważam, że prezydent miasta… nawet jestem przekonany… [głosy z sali] Jestem pewien, jestem przekonany wręcz, że prezydent jest organem stosowania, yyy… [głosy z sali] jest organem stosowania prawa, w związku z tym, eee… no jeżeli nie ma przesłanek, yyy, powodujących, eee, no niewyrażanie zgody na udział w takim na, na, yyy, udzielenie zgody na taki marsz to oczywiście udzielę zgody na taki marsz. Obojętnie, kto by to nie był”.

A można było powiedzieć: „Jako prezydent będę szanował polskie prawo i zasadę równości. Udzielę zgody”. Powyższy fragment (który można obejrzeć mniej więcej w połowie nagrania z debaty [01:16:00]) ilustruje zgubne skutki braku precyzji i zwięzłości. Pod tym względem zwraca naszą uwagę jeszcze jedno zagadnienie: chociaż Płażyński zazwyczaj omawia poszczególne tematy długo i bardzo cierpliwie, wydaje się, że przeważająca większość spraw ani trochę go nie ekscytuje.

Na takie wrażenie mają wpływ walory głosowe wypowiedzi. W przeważającej większości płynność i głośność są adekwatne, głos stabilny, ale artykulacja – monotonna. Kandydat rzadko stosuje takie zabiegi intonacyjne, które pozwalałyby wyróżnić słowa kluczowe i wskazać odbiorcom najważniejsze fragmenty komunikatu. Traci na tym przejrzystość całości. Czy wszystkie sprawy mają dla kandydata takie samo znaczenie?

Dobór środków leksykalnych nie jest wyszukany. Kluczowy frazeologizm „budżet nie jest z gumy” wywołuje żywą reakcję publiczności. Przytrafiają mu się niezręczne sformułowania: „Musimy walczyć z tym stanem, który jest właśnie zastany”, „Zamierzam to dokonać”. W pamięć pozostaje za to pojęcie „szóstka Płażyńskiego”.

Kandydat chętnie wchodzi w interakcje. Krytykuje porządek debaty i zachowanie publiczności. W odpowiedzi na pytanie z sali wyraźnie adresuje słowa do jego autorki, jednej z mieszkanek Gdańska. Utrzymuje z nią kontakt wzrokowy. Rzadko przygląda się za to kontrkandydatom – głowę zwraca w ich stronę przelotnie, a tułów utrzymuje w pozycji frontalnej w stosunku do kamery i publiczności. Odróżnia go to od pozostałych zebranych (zwłaszcza Wałęsy, Jachlewskiej i Adamowicza), którzy wielokrotnie ustawiają się w pozy wskazujące zainteresowanie słowami kandydata siedzącego obok. Płażyński żartobliwie odpowiada na zaczepki ze strony Wałęsy, zarzucając mu czytanie z kartki. Prowadzącą kilkukrotnie prosi o podanie kontekstu poszczególnych pytań.