Kochać i być kochanym. Tinderotyka po polsku

Zakochaliśmy się w ekranach – i nie ma w tym nic dziwnego. Są tak krystalicznie czyste, tak ostre, barwne i proste w obsłudze, że nie sposób odmówić im czasu, uwagi oraz tej przedziwnej intymności, do której nieustannie zachęcają. Są zawsze blisko, na wyciągnięcie ręki. Patrzymy na nie ze skupieniem, dotykamy czule, trzymamy przy sercu, podajemy najcenniejsze informacje. Z braku lepszych zajęć oddajemy się im z regularnością, do jakiej nie skłoniłby nas nikt z ludzi. Co się dziś dzieje między nami a ekranem? Czy to jest nałóg, przyjaźń, czy rzeczywiście kochanie?

Nie od dziś na wyświetlaczach wymieniamy więcej wiadomości niż w interakcjach twarzą w twarz. Dostępność narzędzi skutecznie zachęca do ciągłego kontaktu – czy to w formie zagajeń, zapytań, ilustracji poważnych i śmiesznych, drobnych i bardzo drobnych komunikatów w formie słów, obrazów, ikon, czy transmisji wideo. Przesyłamy w tę i we w tę to i owo, linki, udostępnienia, polecenia, zmitrężenia, memy, selfie z psim filtrem, setki buziek, kciuków w górę, bakłażanów, brzoskwiń i animowanych króliczków. Sporo tego, prawda? A przecież chcemy więcej i więcej. Ponieważ wszystko można łatwiej i szybciej, postanowiliśmy zorganizować sobie coś, do czego dostęp zawsze wydawał się ograniczony: miłość, w dowolnym dostępnym wariancie. Skoro kochamy ekrany, dlaczego i nas – właśnie dzięki technologii – nie miałby ktoś pokochać?

Kiedy Marzena już po kilku tygodniach namysłu postanawia rozpocząć przygodę z Tinderem, wciąż ma wątpliwości. Ekran pali ją tak, że założenie konta zabiera 2 godziny. Niby chce, bo przecież to interesujące, a jednak boi się – że nikomu się nie spodoba, że nie zdobędzie „pary”, że ktoś ze znajomych zauważy i pomyśli, że jest zdesperowana. Albo że natknie się na zboczeńców i typową internetową patologię. Poza tym aplikacje randkowe to nie jej bajka. Woli, żeby wstępną selekcję kandydatów przeprowadziła za nią przyjaciółka, bo przecież ma dobry gust. A Marzenę trochę ta pierwsza konfrontacja stresuje. Opowiada więc o mało zadowalających spotkaniach z kilkoma facetami, których niedawno poznała, a przyjaciółka wybiera – w prawo, w lewo, w lewo, w lewo, w lewo. Głównie w lewo. Przecież nie można Marzeny sparować z byle kim. A z drugiej strony to jakoś dziwnie, żeby tak wzdragać się przed zdobyczami techniki.

„Wymiar erotyczny technologii ma w sobie coś bardziej subtelnego i istotnego zarazem, niż sugerowałaby historia teledildoniki i seksu przez telefon. Eros wyraża tęsknotę za tym, do czego nie mamy dostępu”. Z kolei sieć elektroniczna kusi, „ponieważ potrafi łączyć. Telefon i dżojstik stają się fallusem, który przepełnionemu pożądaniem człowiekowi pozwala na nowo połączyć się z ciałem, którego tak bardzo szukamy”. Tak w 1993 roku pisali Mark C. Taylor i Esa Saarinen, radykałowie filozofii mediów. Dziś, ćwierć wieku po ich transatlantyckim seminarium, chciałoby się zapytać: jak obsługujemy tę tęsknotę? Jak komunikujemy się w mediach do momentu, w którym przyjdzie nam spotkać się twarzą w twarz? Jak zachowujemy się w Tinderze? Co Tinder mówi o naszej zbiorowej tożsamości? Czego oczekujemy? Jak piszemy? I wreszcie: co nas podnieca?

 

Zakrycie, odkrycie

Zanim przejdziemy do swobody i rozkoszy spotkania, Tinder wymaga pewnej uproszczonej formy kontaktu. To charakterystyczne dla komunikacji w technologiach: kiedy mówić jest trudno, korzystamy z narzędzi. Chcemy w mig wyrazić złożone uczucia, poczuć zrozumienie, wykazać się wartościowym charakterem, przypudrować osobowość i poczuć się, że jesteśmy jeszcze bardziej „złączeni”. Przyjemność technologii polega na ciągłej transmisji uproszczonych, dających się szybko przetworzyć komunikatów, które pomagają nam usunąć barierę odmienności. Emotikony 😀😃😄😁😅😂🤣😊🙃😉😌😏😍😋🤪😜 czytamy przecież sprawniej niż zapis słowny czy język ciała i mamy prawo przypuszczać, że każdy z odbiorców dobrze wie, o co nam tak naprawdę chodzi. Tinderowe przesunięcie palcem w prawo („swipe right”) jako wyraz akceptacji i ruch odwrotny ruch jako niewidzialny gest niechęci to uproszczenia wielkich społecznych rytuałów, w których człowiek wyrażał sympatię. Dziś zamiast wymagających romantycznych podchodów, nareszcie możemy zakomunikować „tak” lub „nie” w ułamku sekundy. I co? Robi to na nas piorunujące wrażenie. Wreszcie umiemy, wreszcie przychodzi nam to bez trudu! Nie trzeba wstydu, nie trzeba się ujawniać – przynajmniej nie tak, jak dotąd. Czujemy, że podtrzymując kontakt, odnosimy sukces. Korzystając z uproszczeń, zyskujemy wrażenie wielkiej sprawności.

Marzena nie dowierza, że tylu facetów ją polubiło. „Oni muszą być jacyś niewybredni. W zasadzie za każdym razem, jak przesuwam w prawo, mam parę! Z całą pewnością faceci biorą, co się da, a potem nic z tego nie wychodzi”. Obawia się, że mechanizm pozwala pozorować zainteresowanie. I że skoro i tak nie ma sposobu, żeby w sprawdzalny sposób badać intencje i uczucia drugiej strony, to aplikacja i tak niczego nie ułatwia. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń, Marzenie schlebiają objawy zainteresowania. Na ekranie co chwilę pojawia się sygnał, że może jednak komuś się podoba. Czuje przy tym, że powinna więcej zrozumieć i nauczyć się lepiej obsługiwać ten przedziwny śmieszno-straszny gadżet, zanim znów odezwie się w niej poczucie, że to jednak nie dla niej.

Co to znaczy: być sprawnym na Tinderze? W środowisku, w którym celem jest „dobrze się sprzedać” („zorganizować opcje”, „zrobić mnóstwo par”, „pójść na fajne randki”), sprawność ma przede wszystkim charakter komunikacyjny. Odpowiedni dobór sygnałów wizualnych i językowych (ortograficzna niedbałość robi podobno prawie tak samo złe wrażenie jak zdjęcie genitaliów), wyważone operowanie prawdą i kłamstwem („kłamstwa mają krótkie nogi” kontra „kłamię, żeby się przespać”), opanowanie kompleksowych strategii autoprezentacji (deklaratywne opisy z jednej strony i wstrzemięźliwe z drugiej) oraz sztuka rozmowy (praktykowana w nawet najbardziej podstawowej formie) decydują o tym, czy potrafimy osiągnąć cel, o który nam chodziło. Jest w tym wiele z ujawniania siebie – i jeszcze więcej z zakrywania. Nie brakuje przecież zarówno zdjęć ukazujących ciała, jak i takich, które ukrywają twarz. Randkowanie nie przebiega więc całkiem w ciemno, ale nie naświetla też tyle, ile rzeczywiście chcielibyśmy wiedzieć. No i jeszcze jedno: ilość. Sprawne komunikowanie na Tinderze wymaga dużego zaangażowania w bardzo liczne interakcje. Dominują krótkie, urywane wymiany. Pogłębione, szczegółowe, systematyczne rozmowy zdarzają się stosunkowo rzadziej. Dlaczego? Chcemy być bliżej, ale mylimy częstotliwość z intymnością. Efekt jest dość przedziwny: wielu zapytanych użytkowników ma w katalogu pary, z którymi nigdy nie rozmawiało.

 

Na jaką potrzebę odpowiada Tinder?

Marzena instaluje aplikację, żeby zabić samotność. Sylwii każdy kolejny „match” pomaga poczuć się pewniej. Agnieszka mówi, że potrzeb Tinder spełnia całe mnóstwo: łatwiej poznać kogoś w mieście, do którego właśnie się wprowadziło, łatwiej poczuć się dobrze, bo ktoś przerzuca twoje zdjęcia w prawo, łatwiej dokonać wstępnej selekcji i pracować metodą prób i błędów nad siecią wiarygodnych kandydatów. Jak nie masz kasy, aplikacja to strzał w dziesiątkę, bo na randkach wciąż stawiają faceci. No i zawsze można zarządzać podstawowym wyborem: „czego szukasz?” Z ankiety przeprowadzonej przez Language Extreme dowiedzieliśmy się, że spośród 126 zapytanych osób na seks liczy jedna czwarta użytkowników, połowie zależy na randce, a prawie trzy czwarte badanych interesuje dłuższa znajomość.

Malwinie przy pierwszym podejściu tinderowanie nieszczególnie pasowało – czuła, że zbyt wiele uzewnętrznia. Na przestrzeni kilku tygodni zainstalowała raz, drugi, trzeci, ale nie mogła jakoś pogodzić się z tym, że wszyscy ją widzą. No bo zdjęcia, a w okolicy wyświetla się cała masa ludzi z pracy. Na dodatek tych mało interesujących. Nie chciała, żeby ją widzieli. Chciała nowych wrażeń, czegoś innego, czegoś ciekawego. Kolejnym razem – po trzech miesiącach – nie miała już podobnych zahamowań. Z trzydziestu facetów, których trzyma teraz w katalogu, z czterema porozmawiała bardziej szczegółowo. Ze wszystkich par, które powstały, tylko w trzech przypadkach zagaiła pierwsza – choć wyraźnie czuje, że rozmowy są bardziej efektywne, gdy sama zaczyna. W większości przypadków nie ma ze strony facetów tego szczególnego zainteresowania, którego oczekuje. „Jeśli typ jest zciśnieniowany i bardzo wyraźnie zmierza do określonego celu, to nie jest mój klimat. Nie o to mi chodzi”. Malwina woli więc spędzić więcej czasu na rozmowie, zanim spotka się na żywo. Wie przynajmniej, że nie będzie to czas zmarnowany.

 

O sobie, o Tobie

W artykule „The Dickonomics of Tinder” („Fiutonomia Tindera”) Alana Massey opowiada o tekstach, które faceci wstawiają w opisy: „Cennego terytorium, jakim jest dla nich pole opisu o sobie, nie używają po to, by kobiety zachęcić, ale żeby na nie ponarzekać. Noszą koszulki drużyn, którym nie idzie. Kobiety chcieliby zamawiać z dostawą do domu tak, jakby zamawiali kurczaka w panierce. I prawie każdy z tych skurczybyków uważa, że ich alkoholowe hobby to arcyciekawa sprawa”.

Opis to – obok zdjęć i linków do profili w innych mediach społecznościowych – podstawowy punkt odniesienia dla dalszych interakcji. Na jego podstawie można podjąć decyzję, można zagadać, można nawet coś poczuć. Ciekawość? Obrzydzenie? Ponad 36% badanych w naszej improwizowanej ankiecie przesunie palcem w prawo, jeśli opis jest śmieszny. 8% skusi opis poważny. Ponad 18 procent osób uważa, że opis nie ma znaczenia. Większość wspomina jednak, że ten dodatek do zdjęć wiele ułatwia. Większość nie miała jednak chyba styczności z Pawłem, który pisze tak: „Zrób dziubek, kaczorku. Kwa, kwa, kwa. Szamanizm + onanizm + technoturystyka. Zbieractwo – cwaniactwo – weganizm. Minimalizm * lewactwo * lenistwo. Poliamoria / dupa / wszystko”. Krzysiek (32 lata) deklaruje rzeczy bardziej zrozumiałe: „Kocham wolność, szczerość oraz pozytywnie nakręconych ludzi. Szukam przyjaźni, bo od tego wszystko się zaczyna”. Mądrze, prawda? Michał (36 lat) pokrętnie wyjaśnia swój stosunek do samej aplikacji – oraz do ludzkości w ogóle: „Okazuje się, że i tak dodawanie tutaj opisu to nazbyt wielka ekstrawagancja 😉 Pozdrawiam Ps. Większość ludzi jest z kimś ze strachu przed samotnością. A ja? Ja szukam magii. Bo to rzadkość…”. Mateusz (40) stawia na zwięzłość: „171 cm. Żonaty. Chciałbym poznać kobietę, która była by kochanką i przyjaciółką, Biegam, programista”. Kamila (33) interesuje jakby coś innego – w opisie oznajmia: „Szukam ciekawej pracy”. Marek (37) zamiast tekstu wkleja ikony:

 

Następny kandydat również celuje w wątki religijne: „Tomek – kto może się równać z Bogiem, jak nie on? Nic dodać, nic ująć”. Wszystko ozdobione portretem roześmianego bruneta o dużej szczęce. Ola zaznacza bez owijania w bawełnę: „Jestem wredna i lubię jeść”. Z kolei Kasia, dwudziestolatka, traktuje sprawę poważnie: „Matka 2 dzieci szuka faceta, który pokocha i nie oszuka”. O co chodzi w tych wstępnych podchodach? Czy o sobie to rzeczywiście pole do autoerotycznej reklamy, czy może tabliczka znamionowa? Czy Tinder to współczesna „Randka w ciemno”? Czy Jacka Kawalca i serię pytań zastąpiły pola opisu i linki do Instagrama i Facebooka? Czy ekran i wyimkowe portrety użytkowników mają tę samą funkcję, którą w „Randce” powierzono ruchomemu przepierzeniu? Co kryjemy? Jak zaczynamy próbujemy przedstawić się zza elektronicznej kurtyny?

 

Randka w ciemno

 

Wielkie otwarcie

Konwencji na zagadanie nie brakuje. Piszemy według różnych strategii, zazwyczaj zwięźle. Chociaż większość najpopularniejszych wariantów nie zachwyca szczególną pomysłowością („Hej! Co tam?”, „Siemka, co u Ciebie?”, „No cześć!”, „Jak Ci mija wieczór?”, „Heja, spotkamy się?”), spora część użytkowników objawia upodobanie do inwencji. Nie brakuje prób konceptualnych („Chyba mam błąd w Spotify, bo nie widziałem Cię na liście najgorętszych singli”; „Ile waży miś polarny? – Wystarczająco dużo, żeby przełamać pierwsze lody”), statystycznych („Czy wiesz, że na Półwyspie Helskim większość instruktorów kitesurfingu / windsuringu jest Ślązakami?”) i cytatów („Cała jesteś w skowronkach / Śpiewają Twoje włosy / Śpiewają Twoje oczy i pantofelek biały. Bardzo miło mi Ciebie poznać”). Wyraża się pragnienia („Chcę czesać Twoje włosy i karmić Cię winogronami”) i konkretne oczekiwania („Hej! Nie szukam tutaj związku, bo jestem aktualnie w jednym. Szukam wraz z partnerką przyjaciółki do tańca jak i różańca. Chętnie poznam i zabawię się w 3ke z moją partnerką”). Są też obietnice („Fajniutka jesteś, nic tylko zrobić Ci dobrą minetę”) i jasno postawione warunki („Od razu mówię, że nie płacę za Ciebie na randce”). Wiele propozycji koncentruje się na profanum, choć zdarzają się wyjątki („Cześć, Asiu :)))) Wyglądasz na fajną dziewczynę z wartościami. Może chcesz się razem wybrać na Rekolekcje Ewangelizacyjne w poniedziałek wieczorem?”).

Kiedy Marzena zagaduje atrakcyjnego stomatologa, ten od razu usuwa parę. „Jak to jest być dentystą na Tinderze? Bo ja osobiście mam traumę z dzieciństwa związaną z dentystami. Chodziłyśmy do niego z siostrami i one strasznie krzyczały z bólu, a ja byłam ostatnia w kolejce i musiałam tego słuchać”. Czyżby Marzena nie zdawała sobie sprawy z jakiegoś Tinderowego zakazu? Tego właśnie się obawia: „Mam wrażenie, że każde zdjęcie to kawałek konwencji, której nie znam i nie rozumiem”. Skoro zdjęcie bez twarzy, od ramion w dół, to bezpośrednie zaproszenie do seksu, co znaczą wszystkie inne? Z rekinem zamiast portretu? Z kolegą pijącym wódkę na łóżku? Z zakrwawioną twarzą i podbitym okiem? Warstwa wizualna Tindera wydaje się bogatsza od słownej. Sprawia też wrażenie łatwiejszej w obsłudze.

 

Twórczość wiecznie żywa

Najbogatsze polskie archiwa stylów komunikacyjnych, którymi posługują się użytkownicy Tindera, znajdziemy na Facebooku. Niektóre z nich przedstawiają zapis najciekawszych interakcji z dość długiego okresu. Upublicznienia domagały się najwyraźniej przede wszystkim komunikacyjne porażki i zabawne próby wyróżnienia się. To właśnie wymuszona oryginalność, pozowana wyjątkowość wydaje się głównym nurtem stylistycznym Tinderowych konwersacji. W jednym z archiwów znajdujemy następujące osobliwości:

  • „Hejeczka! Chętnie podejmę z tobą rozmowę, ale muszę najpierw wiedzieć na pewno (przy czym jeśli mnie oszukasz, wiedz, że zorientuję się na żywo), czy nie jesteś ruda. Widzę, że masz ciemnobrązowe włosy, ale możesz być farbowana, więc chcę widzieć na początku, żeby nie tracić swojego i mojego czasu. Pozdrawiam!”.
  • „Widzę na Twoim insta, że chodzisz na Legię. Niesamowite, że tak piękna kobieta chodzi na mecze i kibicuje. Ja chodzę na większość meczów, odkąd miałem 15 lat. Od kilku lat chodzę na Żyletę. Marzę o tym, żeby jakaś kobieta była ze mną tak długo jak nasz Ukochany Klub, Asiu, żeby nam urodziła synów, których będę mógł zabierać na mecze. Czy dasz się zaprosić na kawę?”.
  • „Brałbym Cię jak Macierewicz nervosol” (oraz wariant „Brałbym Cię jak PiS media publiczne”)
  • „Pokazałem Twoje zdjęcie mamie. Mówi, że jesteś śliczna i że powinniśmy się spotkać. I jeszcze mówi, żebyś uważała z makijażem, bo Cię postarza, ale ja tak nie uważam”.
  • Wiadomość 1: „Cześć! Podobno wszystkie dziewczyny marzą o tym, żeby je wziąć przemocą, lubisz to, prawda? Wyglądasz na taką…”. Wiadomość 2: „Asia, widzę, że nie odpisujesz, wiesz nie chciałem cię przestraszyć ani nic, po prostu dziewczyny mówią mi często, że lubią ostrzej, więc pomyślałem, że skoro skóra na zdjęciach i słuchasz ostrzejszej muzy, to Ty też lubisz”. Wiadomość 3: „Mam nadzieję, że odpiszesz. Serio, jestem normalnym kolesiem. Lubię dobre filmy i skończyłem prawo”.
  • „Cześć, laska, jak obchodzisz halloween? Chcesz się przebrać ze mną za coś strasznego? Za ludzką stonogę bym się z Toba nawet przebrał (mogę być z tyłu, niech ci będzie), albo za Stonogę Zbigniewa XD”.
  • „Cześć! Przeczytałem w profilu, że masz lewackie poglądy. Ja jestem ortopedą i rehabilitantem. Zawodowo prostuję ludzi i Ciebie też mógłbym naprostować 🙂 Kawa wieczorem?”

Autorka profilu, a jednocześnie adresatka wszystkich wypowiedzi publikowanych przez „Swipe me to the end of love” zwraca uwagę na najbardziej interesujące konwencje: „Personifikacja genitaliów. Laski na to lecą” (w komentarzu do wymiany, w której On pisze: „Tadeusz chce Cię poznać”, Ona odpisuje „Masz na imię Tomek, nie Tadeusz. WTF?”, a On na to: „Tadeusz to ten pan, co mieszka w moich bokserkach”). Z wprawą doświadczonej krytyczki ocenia konwencje: „Zdrabnianie własnego imienia + mówienie o sobie w trzeciej osobie. Jak dla mnie za dużo”. „Dziś w kąciku poetyckim motywy nekrofilskie”, „Podryw na gwałciciela”, „Podryw na Greya nigdy nie wyjdzie z mody”. „Najważniejsze to ciekawie zacząć rozmowę. Tak mówią” – pisze w komentarzu do szczególnie osobliwego zagajenia („Ale u moich rodziców głośno chodzi lodówka, nie mogę zasnąć”).

Wiele z opublikowanych na profilu przykładów zastanawia pod jednym względem – użytkownicy bardzo wyraźnie zawierzyli hasłowym, zwięzłym komunikatom: sloganom lub pytaniom zaplanowanym na krótką wymianę, na wywieranie jednorazowego, chwilowego wrażenia. A przecież skoro w Tinderze (jak w życiu poza aplikacją) zależy nam na tym, żeby dobrze wypaść na tle konkurencji (i w obliczu własnych rzeczywistych wad), można by spodziewać się misternie zaplanowanych wymian, pojedynków słownych ułożonych w wieloelementowe wypowiedzi, a nie zagajeń krótkotrwałych i stosunkowo prostych, przewidywalnych. Wiele przykładów wskazuje na potrzebę szybkiego zaspokojenia, koncentracji uwagi na sobie i względnej błyskotliwości naszych, często nieudolnych prób. Jest w tym upodobanie do ornamentu, do frywolnego frazeologizmu, do sprośnej zwięzłości – zupełnie, jakby podniecały nas przede wszystkim podszczypywania, klepania po tyłku i obmacywanie krocza.

 

Podniety

Na pytanie „Czy zdarzyło Ci się podniecić od słów, które ktoś napisał na Tinderze? Jakie to były słowa?” jedna z użytkowniczek odpowiada tak, jakby właśnie długotrwałe interakcje miały w sobie szczególny urok: „To były wypowiedzi konstruowane na 1000 i więcej znaków. Nie da się przytoczyć”. „Kiedy ktoś wykazał się intelektem, wiedzą i szczerym zaangażowaniem w rozmowę. Szczerym zainteresowaniem”, dodaje inna. Jeden z mężczyzn pisze: „Pewnie! Podteksty są fajne, zwłaszcza jak korelują z dobrymi zdjęciami”. „Generalnie podniecają mnie długie, merytoryczne odpowiedzi”, „Chłopak nazwał mnie swoją Gałązka Jabłoni. (Odsyłam do Siekierezady autorstwa Stachury)”, „Zdarzyło. W sytuacji, kiedy bardzo fajna dziewczyna chciała się ze mną spotkać” – przyznają dalej kolejni ankietowani. Część z nas korzysta ze słów po to, by przywołać intymne konteksty. Słowa o cielesności bez wątpienia ekscytują: „Tak. Rozmowa na temat co będę robić z drugą osobą jak już się spotkamy”, „Tak, słowa o podtekście seksualnym”, „Tak, że ktoś zrobi mi dobrze językiem”. Dwie trzecie zapytanych nigdy nie czuło jednak podniecenia wywołanego rozmową.

Deklarowanie pragnień erotycznych odbywa się w trybie, w którym właśnie nadzieja na realizację konkretnej, bardzo precyzyjnie zdefiniowanej potrzeby przyciąga użytkowników do aplikacji. Znamy tę poetykę z innych serwisów: „Jeżeli nie połykasz spermy, przesuń w lewo”. „Poznam kobietę, która mnie zdominuje i poniży. Będę jej wiernym niewolnikiem”. „Jakbym Ci go włożył pod pachę to byś myślała, że dywan niesiesz”. Hejka! Co byś powiedziała na blancika, minetkę i lodzika?”. Wariant rymowany zdarza się też w wersji bardziej złożonej retorycznie:

„Od świąt ostatnich zachodzę w głowę,
Myślę, rozmyślam, dumam bez przerwy,
W jaki sposób rozpocząć rozmowę,
Jak zawalczyć o Twoje względy.
Zapytać co tam? Jak lecą wakacje?
Czy lubisz małe kotki i pieski?
Co dobrego jadłaś na kolacje?
Czy podoba Ci się kolor niebieski?
Masz jakieś hobby, lub nawet pasję?
Czy kiedykolwiek byłaś na Helu?
Jak kuchnia, to Włochy, czy wolisz Azję?
Czy na studiach masz przyjaciół wielu?
O jedno chcę Cię jednak zapytać, choć pytań

w mej głowie jest cała masa,
Jak odnajdujesz pomysł wzięcia do buzi mojego kutasa?”

 

Pornograficzna grafomania kanalizuje podstawową potrzebę, która zachęca użytkowników do korzystania z Tindera. Chodzi nie tyle o chęć znalezienia kogoś, co marzenie o natychmiastowym zaspokojeniu potrzeb seksualnych i psychicznych. Warto przy tym zauważyć, że o ile o powszechna dostępność orgazmów to marzenie, które ludzkość żywi od dawna, potrzeba wyleczenia się z samotności stała się szczególnie paląca dopiero w erze cyfrowej.

 

Nuda

Z ankiety na temat komunikacji w Tinderze dość jasno wynika coś, czego się nie spodziewaliśmy: jest nudno. Na pytanie: „Co sprawia, że przestajesz pisać ze swoją parą?”, aż 38 procent ankietowanych wspomina właśnie brak czegokolwiek ciekawego. „Nuda / Gdy zaczyna mnie nudzić / Brak zainteresowania z drugiej strony / Nuda / Brak flow w konwersacji / brak zaangażowania i chęci drugiej strony, drętwa rozmowa / Kiedy rozmowa się „nie klei” / Kończą się tematy do rozmów / Nuda / Zwykle obie strony tracą zainteresowanie / Znudzenie / Brak zainteresowania / monotonność rozmowy / Nuda albo dziwne teksty / Jeśli jest nudny / Jak ona przestaje odpisywać / jestem znudzona rozmowa / Nudzi mnie ona / Oprócz tego zupełnie zniechęca mnie bierność: rozmowa powinna być z definicji dialogiem, wzajemnym zadawaniem sobie pytań i odpowiadaniem na nie, a nie desperacką próbą wyłudzenia od partnera odpowiedzi innej niż monosylaby pokroju „wow, ok, nice, ahaa”.

Massey swój zmieniający się stosunek do randkowej oferty streszcza tak, jakby nie o ilość chodziło: „Decyzje podejmuję na Tinderze coraz szybciej i coraz bardziej zdecydowanie. Przystojniak bez opisu, a w zdjęciach same selfie z siłki? Fiutów w bród, ale marnych. W opisie tylko link do bio? Fiutów w bród, ale marnych. Cytuje zdanie z Kerouaca („The only ones for me are the mad ones?”)? Fiutów w bród, ale marnych”.

W najbardziej intensywnym okresie Agnieszka umawiała się na trzydzieści spotkań w ciągu miesiąca – często ustawiając facetów jednego po drugim (w rundach na 17:00 i 20:00). Żeby przeciwdziałać nudzie i statystyce. Żeby nie było jej szkoda, gdy okaże się, że w okolicy sami marni kandydaci.

 

I po wszystkim: ghostowanie

Opublikowany w witrynie Korporacji ha!art „Podręcznik użytkownika” autorstwa Joanny Lech nie pozostawia wątpliwości, co do skuteczności znakomitego narzędzia: „Tinder jako źródło cierpień, najbrutalniejsza aplikacja randkowa, eksperyment socjologiczny dla opornych, strata czasu, najczęstsza przyczyna samobójstw, rozwodów i chorób wrzodowych żołądka w Polsce. Oraz najfajniejsza gra na telefon, jaka kiedykolwiek powstała. Niektórzy użytkownicy jednak zdają się nie wiedzieć, jak właściwie z niego korzystać”.

Z ankiet, wywiadów i analizy archiwów internetowych wynika w zasadzie to samo: nie radzimy sobie. Większość ankietowanych przyznaje, że bezproduktywne interakcje stara się zdusić w zarodku. Mało kto bawi się przy tym w kurtuazję. Chcąc spławić niefajne pary, trzy czwarte zapytanych użytkowników nie odpisuje lub odpisuje zdawkowo. To kolejna konwencja charakterystyczna dla zwyczajów tinderotycznych: ghostowanie jako forma zakończenia relacji. „Tinder ma ten urok, że nie muszę się spinać, wystarczy po prostu usunąć parę”, pisze jeden z facetów. Dziewczyny dodają: „Najpierw piszę, żeby się do mnie nie odzywali, potem nie odpisuję”; „Odpowiadam monosylabami/emotikonami”; „Unmatchuje ich po prostu lub ghostuje (przestaje odp)”; „Zwykle to oni spławiają mnie xD. Chociaż w zasadzie nawet nie, po prostu ghostują – przestają odpisywać albo usuwają parę bez słowa. Proceder tak samo wygodny jak żałosny”.

Malwina usuwa parę. Na spotkanie z Dominikiem idzie wbrew zasadzie, której wcześniej trzymała się dość skrupulatnie: najpierw rozpoznanie terenu w rozmowie, a potem konfrontacja. Nigdy odwrotnie. Szkoda czasu. W aplikacji nie gadali zbyt długo – i na żywo rozmowa też się nie kleiła. Potem zauważyła na Facebooku, że koleżanka ma Dominika w znajomych, więc wypytała ją i wyszło, że znęcał się nad zwierzętami i był w ogóle dziwny. Unmatch! Z kolei Maciek zadzwonił do niej po 2 minutach rozmowy w aplikacji i tego samego wieczoru rozmawiali przez trzy godziny. Zdał poważny sprawdzian: było o wrażliwości, o wartościach – od razu poważnie i od razu bez szczególnego ukrywania się. Może dlatego do dziś rozmawiają. Jak zrobił na niej wrażenie na Tinderze? „Miał ten nieseksualny wajbik”. Co to znaczy? „Nie gadał od razu o analu i oralu, tylko zaczął rozmawiać. Wyłożył sprawy tak, że miałam wrażenie, że owszem, pozbył się zahamowani, ale zamiast zdjęcia penisa pokazuje mi coś oryginalnego”. Malwina przypuszcza, że szybkie przejście od czatu na Tinderze do rozmowy przez telefon odegrało bardzo ważną rolę.

Skoro podstawową funkcją komunikacyjną technologii jest pośrednictwo, za ekranem bardzo często kryjemy komunikacyjną niemotę. Wydaje nam się, że ukochane ekrany się nami zajmą – że same obsłużą znajomość, że będzie cholernie łatwo kogoś zauroczyć albo chociaż zaprosić na seks. Pod tym względem Tinder niczym nie różni się jednak od języka mówionego, tekstu książki czy komunikacji w dowolnym innym medium: przyzwyczaja nas do pewnych form komunikacji i zachęca do rozwijania nawyków. Poddając się im, zamiast pogłębionej rozmowy wybierzemy jedną z konwencjonalnych opcji. A przecież łatwe wybory – „Hejka, jak wieczór?”, „Ej, ruchasz się czy trzeba z Tobą chodzić?” czy „Mam 25 cm” – dają nam tyle samo miłości, co ministrowi Glińskiemu ucieczka ze studia RMF FM. W komunikacji łatwo nie zawsze znaczy dobrze.

A wy, jak komunikujecie się w Tinderze? O czym piszecie? Czy osiągacie zamierzone cele? Seks, randka czy związek? Miłość do siebie, ekranu, czy „pary”?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *